niedziela, 22 stycznia 2012

Teatr w śniegu

Patrzę i własnym oczom nie wierzę. Zmęczony jestem, niedospany, to nie może być prawda. Jamnik, długi i czarny, idzie po chodniku. Zatrzymuje się przy drzewach i leje. Spokojnie, filozoficznie, poważnie i odpowiedzialnie. Grzbiet i przednie łapki oplata mu skórzana obroża. Uwaga... na dwóch cienkich drucikach sterczy ponad sierścią dioda wielkości ziarenka grochu. Sterczy, mruga... raz na niebiesko, raz na czerwono. Jamnik oddala się ode mnie, a wciąż go widać. Zamykam oczy, przecieram dłonią zwiniętą w pięść. Czuję się jakbym wciągnął tyci ziołowego i trawiastego dymu...

"Bóg wie gdzie, Bóg wie gdzie..." śpiewają chłopaki w moim bezanteniastym, skrzeczącym radioodbiorniku. Siedzę pod drzwiami teatru i czekam. Kultura raczej do mnie nie wyjdzie. Ja na randki z Kulturą też nie mam ostatnio ochoty. Mam dziwne przekonanie, że zrobiła się bardziej służalcza względem Ciotki Komercji niż prowokująca jak nastoletnia młodzież w stosunku do świata i życia. Kontestuje dźwięki spadających miedziaków i szelest bezwartościowych papierków. Zostawia w spokoju kwestie wyborów moralnych, katalogów wartości czy woskowatość postaw. Ot taki dmuchany pop-corn z myśli szaro komórkowych i siorbnięty karmel gazowany z połączeń rybonukleinowych...

Wiedza ogranicza murami pewności podobnymi do betonowych ścian. Pustka w głowie to bezkres aż po sam horyzont, tyle że z wilczymi dołami dawno odkrytych prawd. Setki książek ściśniętych na drewnianych półkach biblioteczek straszą świeżością. Kurz na ich grzbietach swą intensywnością odmierza czas wsteczny do chwili "chcę, muszę to mieć". Jeden przy drugim pułkownik tworzy całą armię dającą cień bezsilnemu intelektualiście. Herbata w kubku przypomina spowite we mgle wyspy. Ser w odcieniach niebieskiej pleśni, cuchnący w całym mieszkaniu, to czysta forma kubistycznej wizji trzech kolorów dawno zapomnianej rewolucji. Salceson z tłustą kaszanką na drewnianej desce, pewność solidnej klatki praw i norm, codziennie o poranku...

...no to jak? Czesać grzebieniem z włosem, czy może jednak pod-włos?

niedziela, 8 stycznia 2012

Podróż-ny

Pokój dla palących? Nie, dziękuję. Rozumiem. Śniadanie? Tak, poproszę. Parking? Polecam, strzeżony, wie Pan jak to czasem w nocy bywa, tutaj niedaleko jest klub z dyskoteką. Tak, poproszę. Oczywiście, proszę ten dokument oddać na bramie. Trzecie piętro, pokój 312. Winda jest po prawej stronie. Zapraszam na śniadanie od 6:30, życzę miłej nocy...

Klucz dziurkowany zacina się, nie mogę wejść do pokoju. Wkładam, wyjmuję, wkładam i znów wyjmuję. Podobny klucz złamałem w zeszłym roku. Kłopot zrobił się dość poważny, połowa została w szczelinie zamka, połowa w mojej dłoni. Kiepskie tworzywo, przewidywalne efekty. Otwieram drzwi. Pierwsze wrażenie: cuchnie petami. Otwieram okno, wyłączam klimatyzację, do wanny leję gorącą wodę z płynem do kąpieli. Parując może choć trochę zmieni klimat w całym pokoju. Telewizor jest, internet na szczęście też. WiFi żąda hasła dostępu. Kładę się w ubraniu na równo zaścielone łóżko. Wstać, znów zejść do recepcji? Telefon? Szukam numeru w hotelowym przewodniku...

Ichaa! Yahhooo! Ichaa! Wstaję, przekręcam blokadę pod klamką i zakładam łańcuch. Handlowcy w podróży, jeśli tak jest jak myślę to marne szanse na spokojną noc. Rozmowy słychać przez ścianę. Ciekawe, który pójdzie zaraz na stację benzynową po flaszki. Ha-ha-ha! Zdzisek, ...rwa! Dzwonimy po laski? Mam nadzieję, że nie starczy im ani odwagi ani kasy...

Zmęczony jestem, bolą mnie oczy i coś w plecach. Powinienem napisać trzydzieści stron, a w głowie mam ledwie dwa może trzy zdania. Relaksacyjna muza z telefonu uspokaja nerwy, równoważy przepływy w szarych komórkach. Energetyk w samochodzie był zbędny bo serce wali jak po dobrej włoskiej kawie. Uprasuję koszulę, rano będę mógł sobie poleżeć w wannie i pomoczyć się jak hipopotam w Zoo. Czyszczarka do butów jest na korytarzu. Spodnie na wieszaku. Wieszaka nie można zabrać ze sobą, ma obcięty drut haka. Dwie nocne lampki dają światło podobne do świecy. Hotelowe klimaty, przestrzeń pomiędzy czymś co już było, a czymś co ma nastąpić...

sobota, 24 grudnia 2011

Święty Mikołaj

Cześć. Cześć. Co robisz? Czytam. Hej, a co czytasz Święty Mikołaju? Książkę. Widzę, że książkę, ma jakiś tytuł? Ma... Hej, droczysz się ze mną, o czym traktuje ta książka? O wyborach, których dokonujemy w życiu. O wyborach? Ano, bo widzisz...

...możesz czekać z radością i wiarą na święta, a możesz też oczekiwanie zagłuszać szukając sobie innych, tak w istocie nic nie znaczących zajęć. Możesz kupować drogie, nawet bardzo drogie prezenty dla bliskich, a możesz też zaprosić ich by wszyscy dla wszystkich, nawzajem takie prezenty zrobili sami. Możesz gonić za rybą, choinką, sprzątaniem, a możesz też zwyczajnie posłuchać kolęd. Możesz w samotności zapalać i gasić światło w oknie, a możesz też spotkać się z rodziną, bliskimi, przyjaciółmi i znajomymi. Możesz wściekać się na świat i na ludzi, że nie są tacy jak ty chcesz, a możesz też światu i innym pokazywać swoim przykładem czym jest otwartość, wiara w człowieka i miłość...

...ups, mocna rzecz, Święty Mikołaju. Jak dla kogo... w tym co, a przede wszystkim jak czytasz i co z tego rozumiesz, też masz wybór. Widzisz, na stole stoi mała filiżanka, na białym spodku, z małą łyżeczką. Widzisz? Widzę. Co było w tej filiżance? Kawa! Piłeś przed chwilą espresso Święty Mikołaju! Weź filiżankę i przypatrz się dokładnie, poczuj zapach. Co to? Pachnie suszonymi śliwkami, jabłkami... toż to świąteczny kompot z suszonych owoców! Otóż to... nie wszystko co widzisz jest tym, czym sądzisz, że jest. Gdy na kołku przy drzwiach, jak płaszcz w jesienny i słotny dzień, powiesisz ocenę i własne doświadczenia, to być może w tym co straszy i brzydzi dostrzeżesz coś co rozwija samego ciebie. Święty Mikołaju, to raczej trudne...

...a czy ktoś obiecywał, że będzie łatwo?

...ups, mocno powiedziane, Święty Mikołaju. Widziałeś kiedyś motyla? Wiesz jakiej dokonuje zmiany w swoim życiu? Coś tam uczyłem się w szkole... bielinek kapustnik? Motyl to symbol odwagi, otwartości na samego siebie, determinacji i wiary. Motyl? Ta kruszynka z pyłkiem na skrzydełkach? Tak, ta kruszynka... otóż świat na zewnątrz kokonu jest zupełnie inny niż świat znany poczwarce siedzącej wewnątrz. Ten nowy świat wymaga korzystania ze skrzydeł. Ten nowy świat to zupełnie nowa perspektywa... Poczwarka musi dokonać wyboru pomiędzy tym czy chce chodzić czy latać. Pomiędzy tym co znane i tym co niewiadome. Motyl jest wolny od takich wyborów... motyl decyduje o tym gdzie i kiedy chce być...

...no tak, a... Święty Mikołaju, bo ja muszę już iść, masz może dla mnie jakiś prezent? Mam. Hmm... a mogę go dostać od ciebie? Widzisz ten wielki wór z szarego płótna? Widzę! Proszę, sięgnij do niego i weź to co zechcesz... Super! Dziękuję Święty Mikołaju!

...ho-ho-ho, poczekaj... nie tak prędko! Tak? Zanim sięgniesz... wiedz, że w moim worku są prezenty i dla Poczwarek i dla Motyli...

niedziela, 18 grudnia 2011

Dementorzy komerchy

Zwiadowcy dotarli do Doliny Kamieni. Odkryli przestrzeń ciągnącą się aż po sam horyzont. Spotkali ludzi, którzy dotykają swoich myśli, uczuć, emocji, skojarzeń i wspomnień. Zauważyli kolory tęczy, mieszaniny szarości... i statystyki wyrażane w bezdusznych układach liczb, liczbek i cyferek. Wykresy, potencjał, szansa...

Miesiąc temu Pierwszy Zwiadowca. Jako-takim polskim, pewnie tłumaczonym przez translator, napisał list o ogromnym potencjale intelektualnym i twórczym autora bloga. Podkreślał licznymi przymiotnikami wartość dla kultury i sztuki, dla rozwoju wolnej myśli, dla ludzkości. Ostatnie zdania, jak mała gwiazdka na końcu oferty handlowej, tłumaczyły wszystko. Ostro nawiązując do wartości i po wartościach jadąc - zamieść na stronach swojego bloga reklamy naszego portalu pośrednictwa pracy. Pomożesz wielu ludziom w rozwoju osobistym i zawodowym. Przyczynisz się do wielu awansów... odpisałem zadając pytanie: Czy chcesz w Dolinie Kamieni urządzić komercyjne wysypisko śmieci? Zasypać przestrzeń myśli, emocji, skojarzeń i wspomnień migającymi reklamówkami?

Dwa tygodnie temu Drugi Zwiadowca. Tranlsator przetłumaczył z angielskiego na polski. Super ciuchy dla super ludzi. Celebryci, trendy, top model, jedyny z tłumu... zauważyłem twój blog, który... znów lista przymiotników. Proponujemy ci za umieszczenie naszych reklam 5% zniżki na zakup naszych towarów. Wow! Co ty na to? ...nic. Znacznie więcej zyskuję kupując dobre gatunkowo produkty...

Przypomniał mi się film "Niemoralna propozycja" z roku 1993 (reżyseria Adrian Lyne)... Robert Redford (John Gage), Demi Moore (Diana Murphy) i Woody Harrelson (David Murphy)... i nurtujące pytanie: za ile się sprzedasz?

piątek, 16 grudnia 2011

Trąmb-ydła

Dzień to taki, to taki dzień, a jeśli jeszcze pada deszcz i jest zimno, a jeszcze gdy spada ciśnienie, to taki dzień... w którym miasto stoi w korkach. Trąbienia nawołują do ruchu, zmiany miejsca w przestrzeni, a uzyskują zupełnie odmienny efekt - stada aut zbierają się w jednym miejscu... jak przy wodopoju... siejąc zamęt i chaos. A właśnie, że się nie ruszę... baranie jeden! Taksiarz, krawężnik jeden na ropę, burak z kuchenką, słoma w oponach... blondi w furce jeździć nie umie, pewnie tatuś kupił. Co skrzyżowanie to monolog dramatyczny. Co przejście dla pieszych to polowanie na głupotę. Co dwa pasy ruchu to o trzy za dużo. Spokojnie wyciągam papierosa z paczki, a dym wędzi mnie jak świąteczną szynkę krakowską. Przypomina mi się latający po ekranie motylek, który każde zdanie zaczyna i kończy komentarzem "w dupie to mam, rozumiecie - W D-U-P-I-E!"

Święta za pasem, a prezentów brak. Miejsc parkingowych również. Mikołaj nie ma jak wylądować swoim wozem to i Mikołaj nie będzie miał co dawać. Grzeczne i mniej grzeczne bachory dotknie nauka o nowej formie demokracji zamkniętej w konsumpcji - socjalipitaliźmie. Tandetność i chwilowość setek różnego rodzaju przedmiotów całkowicie bezużytecznych wprawia w osłupienie. Stoję i własnym oczom nie wierzę. Ramki na zdjęcia tworzące formy czystej abstrakcji, zegary chodzące wstecz, sex-kości, imitacje pomp do benzyny z lat 60-tych na piwo, gumowe cycki do komputera, zestawy do golenia, bombonierki bez czekoladek, szczekające pieski z diodami w oczodołach... promocje, oferty, niskie ceny, gratisy, bonusy... trzepoczę delikatnymi jak pergamin skrzydełkami i szepcę sam do siebie "w dupie to mam, rozumiecie - W D-U-P-I-E!"

Trzymam w dłoni limitowaną serię parówek. Duety z najwyższej półki, dwie parówki jadące samochodem, przecięte lekko, rozmawiają ze sobą. Bohaterowie z filmów tworzących historię kina zamienieni w walcowate kołki koloru brązowego. Gość obok mnie gapi się na "Szczęki". Pytam: a to część pierwsza? Chyba tak... to niech Pan bierze, pierwsza była najlepsza. A Pan co ma? Ja wziąłem "The Blues Brothers", "Ojca Chrzestnego", "Wichrowe wzgórza" i "Deszczową piosenkę"...

wtorek, 6 grudnia 2011

Łyżeczka

Dzwonisz. Dzwonię. Przestań dzwonić, proszę. Proszę. Czarna kawa kapie gęstymi kroplami, jedna po drugiej, z łyżeczki na białą, papierową serwetkę. Zachowuj się, proszę. Proszę. Metalowy smak w ustach, przypominający protetykę dentystyczną na sztyftach. Co cię napadło dzisiaj? Nic. Łyżeczka już leży na porcelanowym spodeczku. Wygięta tuż za okrągłym lustrem czarki, smukła w kibici przewężenia, płaska w ozdobionym reliefem uchwycie. Leży i nic nie mówi. Drży w oczekiwaniu na zanurzenie. Drży w oczekiwaniu na dotyk ust. Drży na myśl o końcu w chemicznych oparach mgły wypełniających przemysłową zmywarkę...

Nastrój mam zgoła podły. Siedzę na rozpadającej się wersalce i żrę czekoladową słodycz z wielkiego słoika. Zanurzam w nim niewielką łyżeczkę, okręcam w gęstej mazi i wyciągam szybkim ruchem skierowanym wprost do ust. Międlę miękkość raz po raz uderzając zębami o metal. Potykam się na ścieżce bezmyślnej słodyczy. Telewizor miga niebieskimi obrazami kryzysu, dramatu, bólu i pustki. Ludzie patrzą na siebie nie widząc nic poza tym co już dawno za nimi. Pilotem, małym bananem, na którym ktoś upchnął setkę pchlich guzików, zmieniam kanały. Wszędzie to samo, tu i tam inaczej podane, tam i tu inaczej zapakowane...

Kwiaty zdechły. Ziemia sucha i wybebeszona. Nowe kupiłem w markecie, takie wsadzone w kubeczki po jogurcie. Pani ze stoiska z rybami powiedziała, żebym podlewał je raz na trzy dni. Łyżeczką drążę dziury, a czarne grudki spadające z parapetu na drewnianą podłogę zamieniają się w kosmiczny pył. Mało roboty, dużo sprzątania. Cieszę się na nową zieleń w oknach. Jutrzejsze słońce przywita nowe życie. Rysy na srebrze jak cień rewolucji. Bieda wkroczyła na salony i trwa w niemocy. Jak ogarnąć świat, którego już nie ma? Jak powiedzieć samemu sobie, że tradycja nie jest programem lojalnościowym o ujemnym wyniku finansowym?

Stefan uśmiecha się do każdego przechodnia. Olbrzymia taca, zrobiona z drewnianej stolnicy obszytej czarnym atłasem to jego królestwo. Obręcze na serwety z materiału, koziołki na sztućce, świeczniki zatrzymane w biegu, siodełka do jajek na miękko. Czyste srebro, owszem bywa, że powycierane, za to z niepowtarzalną, jedyną w swoim rodzaju duszą. Patrzę z zaciekawieniem na ile sposobów można powyginać długie i krótkie widelce. Stefan zagaduje, opowiada historie, wciska w nadziei, że może jednak kupię. Nie mam ochoty. Postrzępiony widelec, pozbawiony swej pierwotnej tożsamości, etycznie dwuznaczny w swej nowej roli nie może równać się memu uwielbieniu do pełni, którą odnajduję w łyżeczce...

Dzwonisz, potykasz się, witasz nowe życie. Dopełniasz konsekwencji wyborów, których sensu i przeznaczenia nie jesteś w stanie dzisiaj pojąć. Łyżeczki kształt i smak poczujesz głęboko w sobie jeszcze wiele razy. Drewniane pałeczki, sklejone ze sobą, wciąż będą leżeć na brązowym stole...

piątek, 2 grudnia 2011

Kurak

Doris chwyciła starą siekierę i odcięła łeb Leghornowi. Będzie rosół i nóżki. Główka spadła tuż obok drewnianego, starego pieńka. Oczko brązem patrzyło w niebieskie niebo. Dziobek rozwarty, zaczepiony o łodygę ostu wyrzucił z siebie ostatnie ko. Czerwony grzebień zwiądł jak pozbawiony wody koperek stojący w szklance na domowym parapecie w kuchni. Kurze ciało łopotało skrzydłami, fru fru fru. Anorektyczne nóżki skakały z lewej na prawą stronę ścieżki, a z miejsca, w którym jeszcze przed chwilą była głowa sikały brudne strzały krwi. Cały trawnik będzie upieprzony - znużonym głosem skomentował całe zajście Piotruś. Zdzicho zleje trawę wodą - odparła uradowana Doris. Idę nastawić gar wrzątku, pierze trza oskubać z tego rosołku i nóżek. Piotruś, wyrzuć do kosza główkę...

Dotykam dłonią miejsca, w którym jeszcze dwa dni temu był zardzewiały gwóźdź. Paskudna dziura - powiedział lekarz wbijając igłę zastrzyku przeciwtężcowego. Proszę patrzeć co się będzie działo, jak zacznie się paprać proszę natychmiast do mnie przyjechać. Dobrze. Odpowiadam bez wiary, przecież i tak nie przyjadę. Ropa czy inne paskudztwo wylezie to zleję spirytusem. Wprost na ranę. Lepsze to niż medykamenty tego białokitlowca...

Myślisz o mnie czasem? Franek, nie łaź tam! Plac jest w potłuczonych butelkach, szkło wlezie ci w buty. Idę, idę, nie krzycz tak, widzę! Rozmawiasz z nimi? Tak. Widzisz ich? Czasami. Przecież ich nie ma? Daj spokój, są... w mojej głowie, w mojej wyobraźni, jaźni, w czym tam co mam wewnątrz kostnej puszki. Istnieją tak samo realnie jak ty teraz. Stuknięty jesteś, może czas iść na kozetkę? Chyba, że razem z tobą, sam nie idę. Wariat, twoje poczucie humoru dobija mnie, zrób coś z tym. Dobrze, zrobię, a z czym?