Patrzę i własnym oczom nie wierzę. Zmęczony jestem, niedospany, to nie może być prawda. Jamnik, długi i czarny, idzie po chodniku. Zatrzymuje się przy drzewach i leje. Spokojnie, filozoficznie, poważnie i odpowiedzialnie. Grzbiet i przednie łapki oplata mu skórzana obroża. Uwaga... na dwóch cienkich drucikach sterczy ponad sierścią dioda wielkości ziarenka grochu. Sterczy, mruga... raz na niebiesko, raz na czerwono. Jamnik oddala się ode mnie, a wciąż go widać. Zamykam oczy, przecieram dłonią zwiniętą w pięść. Czuję się jakbym wciągnął tyci ziołowego i trawiastego dymu...
"Bóg wie gdzie, Bóg wie gdzie..." śpiewają chłopaki w moim bezanteniastym, skrzeczącym radioodbiorniku. Siedzę pod drzwiami teatru i czekam. Kultura raczej do mnie nie wyjdzie. Ja na randki z Kulturą też nie mam ostatnio ochoty. Mam dziwne przekonanie, że zrobiła się bardziej służalcza względem Ciotki Komercji niż prowokująca jak nastoletnia młodzież w stosunku do świata i życia. Kontestuje dźwięki spadających miedziaków i szelest bezwartościowych papierków. Zostawia w spokoju kwestie wyborów moralnych, katalogów wartości czy woskowatość postaw. Ot taki dmuchany pop-corn z myśli szaro komórkowych i siorbnięty karmel gazowany z połączeń rybonukleinowych...
Wiedza ogranicza murami pewności podobnymi do betonowych ścian. Pustka w głowie to bezkres aż po sam horyzont, tyle że z wilczymi dołami dawno odkrytych prawd. Setki książek ściśniętych na drewnianych półkach biblioteczek straszą świeżością. Kurz na ich grzbietach swą intensywnością odmierza czas wsteczny do chwili "chcę, muszę to mieć". Jeden przy drugim pułkownik tworzy całą armię dającą cień bezsilnemu intelektualiście. Herbata w kubku przypomina spowite we mgle wyspy. Ser w odcieniach niebieskiej pleśni, cuchnący w całym mieszkaniu, to czysta forma kubistycznej wizji trzech kolorów dawno zapomnianej rewolucji. Salceson z tłustą kaszanką na drewnianej desce, pewność solidnej klatki praw i norm, codziennie o poranku...
...no to jak? Czesać grzebieniem z włosem, czy może jednak pod-włos?
